Wieczorkiem na stację zobaczyć rozkład, bo planuję dalszą wycieczkę. Niestety w drodze powrotnej złapałem kapcia - na szczęście do domu blisko, a i dętka w zapasie była.
Wycieczka z Rodzicami do Szczawnicy na ścieżkę rowerową wiodącą doliną Dunajca. Do Szczawnicy jechało się do dupy - cały czas wiatr w twarz. Na ścieżce całe tłumy, trochę ciasno, ale widoczki pięęękne. Myślałem, że na całej długości będzie asfalt, ale był tylko na początku i końcu, więc trochę mnie na szosówce wytrzepało. Z powrotem po prostu miodzio - słaby ruch, wiatr w plecy, dobra droga. Do domciu średnia wyszła 32km/h na 38km. Wróciłem godzinę wcześniej niż rodzice, ale brawa dla nich, bo to Ich pierwsza 100km wyprawa.:)
Na początku do kolegi, pomóc w remoncie, a później razem z nim na wycieczkę. Trochę mała średnia, bo sporo podjazdów, a w drodze powrotnej złapał nas mocny wiatr.:( Ogólnie było fajnie, tylko trochę krótko.
Cały dzień siedziałem w domu, bo pogoda nie zachęcała do wyjścia, (deszczowo, pochmurno). Dopiero wieczorkiem zaczęło się przejaśniać - no to na rowerek. Po drodze spotkałem tatę kolegi, który też jechał na swojej szosówce i pojechaliśmy razem w stronę Łącka. Im dalej, tym większe chmury. Zawróciliśmy już do domu, a tu nagle jak się rozlało... Po kilometrze byłem cały mokry, a butki pełne wody:). Na najbliższym przystanku przeczekaliśmy największy deszcz, a potem pocisnęliśmy do domku.
Rano rodzice odwieźli mnie do Krościenka n/D, bo tam zaczynał się kolejny dzień jazdy. Po godzinnym oczekiwaniu, w końcu spotkałem Młynarza, a potem resztę Ekipy. Wyjazd był sporo opóźniony z powodu usterki w rowerku Mateusza. Ok. 12 wyruszyliśmy z Krościenka. Jechało się bardzo przyjemnie, mimo upału. W Łącku czekała na na Karolina - tam zrobiliśmy postój. Później, w Starym Sączu, zatrzymaliśmy się na wizytę w Serwisie i zwiedzanie Miasteczka, wtedy dołączył jeszcze mój kolega Marek. W drodze do Muszyny, Karolina musiała wrócić do domu, a my zrobiliśmy kolejny postój w Piwnicznej. Około 19 dotarliśmy wreszcie do Muszyny, ale niestety nie zabawiłem tam długo, bo trzeba było już wracać do domku. Smutne pożegnanie z wspaniałą Ekipą i wyścig do domu uciekając przed zachodem słońca, bo ani Ja, ani Marek nie mieliśmy lampek:). To był najlepszy dzień wakacji...
Nauka jazdy na rowerze trwała u mnie jakiś rok:). W dzieciństwie był to tylko środek lokomocji, służący do jeżdżenia wokół bloku, czasem na dalsze (wtedy 20km) wycieczki z rodzicami. Teraz rowery to moja największa pasja. Na początku jeździłem na góralu, ale teraz przesiadłem się na szosówkę. Choć mój najdalszy życiowy dystans to tylko 150km, to z miesiąca na miesiąc jeżdżę coraz więcej, dalej, pod większe górki.
GG:13845371 (zawsze niewidoczny)